Widziane spod siatki

Wpisy

  • piątek, 17 kwietnia 2015
    • Puchar z ziemniaka

       

      To powinno być wielkie święto, oprawa, stawka, nagrody. To powinno być coś, co od tygodni elektryzować będzie całą siatkarską Polskę. A jest wielkie nic, upchane gdzieś w natłoku meczów. Bez stawki, bez wielkich pieniędzy, bez promocji. Tak, to właśnie nasz siatkarski Puchar Polski.

       

      Fajnie jest zdobyć kolejne trofeum, bez dwóch zdań. Nawet takie, które daje niewiele, ale puchar to puchar. Tym bardziej, że z bogatą historią. Tyle tylko, że oprócz tej historii to tym rozgrywkom nie zostało już nic. Zupełnie i absolutnie. Słownie - zero.

       

      Jeszcze kilka lat temu zwycięzca Pucharu Polski już w połowie sezonu mógł się cieszyć ze zdobycia jednego z celów w sezonie, z awansu do Ligi Mistrzów. I ,jak pokazywały sezony, łatwiej grało się mu później. Zazwyczaj. Jednak od paru sezonów prestiż Pucharu Polski spada, a obecnie rywalizacja została sprowadzona do poziomu gry o puchar z ziemniaka.

       

      Nie dość, że nie ma stawki, bowiem wygrany nie gra już automatycznie w Lidze Mistrzów, to jeszcze nie ma przy tym też wielkich nagród finansowych. I ten nieszczęśliwy termin. Gdy grano w styczniu, każdy zespół miał czas na przygotowanie się do turnieju. Teraz wbito go między walkę o medale i z pewnością każdy woli złoto lub brąz mistrzostw Polski, niż ten nieszczęsny puchar. Do Gdańsk każdy pojedzie z marszu, zagra jak będzie mógł, ale nie będzie się szykował wyjątkowo. Cóż, skoro to tylko przerywnik...

       

      Kilka lat temu Puchar Polski piłkarzy wyglądał podobnie. Tam jednak zaczęto budować jego wartość, otoczkę, zaczęto więc i to trofeum szanować. I taka droga jest jedynym ratunkiem dla siatkarskiego pucharu. Inaczej dojdzie do tego, że już całkowicie nikt nie będzie miał ochoty zabijać się dla idei. Tym bardziej w momencie, gdy sezon jest tak intensywny, a do wygrania tyle innych rzeczy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Puchar z ziemniaka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marcin.lew
      Czas publikacji:
      piątek, 17 kwietnia 2015 13:57
  • środa, 01 kwietnia 2015
    • Mistrzostwo Europy, a może i świata

       

       

      „Gdy emocje już opadną...”, czyli kilka dni po mogę wreszcie coś napisać o Final Four Ligi Mistrzów w Berlinie. Minęło kilka dni, szalonych godzin wytężonej pracy, nieprzespanych nocy, wielki emocji. Zdążyłem nawet chwilę odpocząć, więc można już spojrzeć wstecz nieco chłodniejszym okiem.

       

      Mamy srebro Ligi Mistrzów, wywalczone od początku do końca w sportowej walce, pokonując kolejnych rywali krok po kroku, bez przeskakiwania do finału. I za to dla Asseco Resovia wielki szacunek! Mamy też czwarte miejsce, najgorsze z możliwych w finale, ale też wielkie, bo przecież PGE Skra Bełchatów awansowała do niego! Walczyła nie tylko z rywalami, ale także z sobą. Nie udało się, trudno. Forma przyszła kilka tygodni za wcześniej, ale może gdyby wtedy jej nie było, w Berlinie graliby Włosi, a nie Polacy? Także również wielkie gratulacje! Dwóch polskich drużyn w finałach przecież nie było nigdy.

       

      Szkoda co prawda, że niedziele nie była dla nas. W piątek przy kolacji, śmiałem się do kolegów z Łodzi, że najważniejsze, żebyśmy w niedzielę wygrali dwa razy, uciekając od wyniku sobotniego, polskiego starcia. Nie udało się, ale tragedii nie ma. Tym bardziej, że pokazaliśmy, że polska siatkówka nie na darmo jest najlepsza na świecie, ta w wydaniu reprezentacyjnym. Okazuje się, że ta klubowa może być także najlepsza, na razie w Europie.

       

      Najlepsi są jednak kibice i to potwierdzili kolejny raz. W Berlinie na każdym niemal kroku było widać fanów a biało-czerwonych, lub czerwono-czarnych barwach. Tych pierwszych było aż 1,5 tys., czyli jedna trzecia tego, co chodzi na mecze w Rzeszowie do hali Podpromie. Imponujące i to nie tylko jeśli chodzi o świat siatkówki, na polskie warunki do wynik godny każdej innej dyscypliny, tym bardziej że do pokonania było nie 100 km, a 800.

       

      Nasi kibice zawładnęli Berlinem, a w niedzielę zrobili coś niesamowitego. Mimo tego, że oba kluby kibica może i za sobą nie przepadają, że w kraju toczy się walka głównie między nimi o najważniejsze trofea, to Berlin ich połączył. A wspólne skandowanie „Skra, Skra, Bełchatów” w tie-breaku meczu o 3. miejsce sprawiło, że miejscowy, nakręcany doping zbladł przy tym. Szkoda tylko, że nie udało się zdobyć medalu.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marcin.lew
      Czas publikacji:
      środa, 01 kwietnia 2015 13:58
  • piątek, 27 marca 2015
    • Wielki dzień, wielki turniej, wielki triumf?

       

      Co to jest 800 km do pokonania, gdy w grę wchodzi największe święto polskiej, klubowej siatkówki. Niewiele, dlatego pędzę, by zobaczyć coś, czego jeszcze nie było, a co - mam nadzieję - powtarzać się będzie częściej niż zaćmienie słońca. Dwie polskie drużyny w najlepszej czwórce Ligi Mistrzów. Brzmi nieprawdopodobnie, prawie jak jedna polska piłkarska drużyna klubowa, a fazie grupowej Ligi Mistrzów. A jednak.

       

      Oczywiście wielu żałuje, że Asseco Resovia i PGE Skra Bełchatów nie mogą zmierzyć się w finale, przez durne przepisy CEV. Ja tam nie żałuję. Cieszę się tym, że do Berlina ciągną teraz, albo ciągnąć będą zastępy kibiców z różnych stron Polski, by w sobotę podzielić się na dwa obozy, a w niedzielę przez dwa mecze kibicować naszym. Bo nie widzę innej możliwości, jak pomoc rodaków z Bełchatowa w meczu Asseco Resovii i odwrotnie. Gramy przecież o wielką sprawę, nie tylko występ dwóch polskich ekip, ale dwa medale dla Polaków. To byłoby coś!

       

      Faworytami do wygrania nie są ani mistrzowie, ani wicemistrzowie Polski. Rosjanie z Kazania mają mocarstwowe plany i taką też drużynę. Jak co roku, a mimo tego co roku nie wygrywają. A w Berlinie nie ma też mistrza Włoch, wicemistrza Rosji. Zespoły te musiały uznać wyższość naszych drużyn, dlaczego więc nie dopisać do listy kolejnych? Jeszcze jedno, Zenit przecież nie wygrał półfinału z Berlin Recycling Volleys...

       

      A kto wygra polskie starcie? Przeglądając media, wygląda na to że Skra. Jest jej więcej, otoczka lepsza. Bukmacherzy też tak to widzą. W końcu to czwarty już Final Four. Tyle tylko, że pierwszy na obcym gruncie, nie u siebie, w Łodzi. Tak samo pierwszy, jak Asseco Resovii, która gdzieś nieco w cieniu (oczywiście nie w rzeszowskich mediach) także zagra w Berlinie. Czy wygra? Tydzień temu grała lepiej od rywali, ale to już historia. W sobotę dwie godziny zdecydują o awansie do finału. I nie będzie miało znaczenia, kto jak grał w listopadzie, lutym, czy dwa dni temu. Za duża stawka, zbyt dobrze siatkarze.

       

      Zadecyduje głowa i „jaja”. Kto nie da się złamać, kto nie zwątpi w sukces, nawet w najtrudniejszej sytuacji, zagra o złoto. Drugi będzie miał kilka godzin, by się pozbierać i wywalczyć brąz. Na szczęście dla obu ekip to też będzie sukces, więc obaw nie mam. Polacy to nie Rosjanie, że na drugi dzień nie grają. A, że to nie Rosjanie, to może wygrają oba niedzielne mecze? Po pięknym wrześniu, byłby to równie piękny marzec.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wielki dzień, wielki turniej, wielki triumf?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marcin.lew
      Czas publikacji:
      piątek, 27 marca 2015 12:52
  • czwartek, 12 marca 2015
    • Potężna polska siatkówka bez potężnej kasy. Jak to możliwe?

       

      Bez kupowanych za miliony euro siatkarzy, z budżetami kilkukrotnie niższymi niż rywale, a jednak w Final Four siatkarskiej Ligi Mistrzów. Po wrześniowym sukcesie reprezentacji, teraz polska siatkówka świętuje sukcesy klubowe. Dwie nasze drużyny zagrają w najlepszej czwórce w Europie, po raz pierwszy w historii.


      To największy sukces klubowej siatkówki w naszym kraju od 1978 roku, kiedy Płomień Milowice, jako jedyny nasz zespół wygrał Puchar Europy Mistrzów Krajowych. Wtedy turnieje finałowe rozgrywano jeszcze na zdrowych zasadach, każdy musiał do nich awansować. Później, gdy rozgrywki przekształcono w Ligę Mistrzów, w większości przypadków, jedna z drużyn - jako gospodarz - miała pewne miejsce w turnieju.

      Z takiego przywileju trzykrotnie korzystała Skra Bełchatów, dla której tegoroczny awans jest historycznym, bo pierwszym wywalczonym na boisku. Tak samo jak dla Asseco Resovii, której nie udawało się przez kilka lat przejść przez play-offy w Lidze Mistrzów. Zawsze na drodze stawał ktoś mocniejszy, zazwyczaj z Włoch. Teraz nasze zespoły, bez większych problemów, wyrzuciły z rozgrywek właśnie Włochów i Rosjan.


      Nie było układów, przywilejów, łatwiejszych rywali. Droga do półfinału nie była usłana różami, ale po raz szósty z rzędu, Polacy będą w Final Four. Po raz pierwszy reprezentowani przez dwie drużyny, co do tej pory było zarezerwowane dla Włochów czy Rosjan. I szkoda tylko, że przepisy nie pozwalają spotkać się im w finale. Ale za to już dziś wiadomo, że polski zespół zagra w decydującym meczu Ligi Mistrzów.


      Sukces tym większy, że polskie drużyny do potentatów finansowych w Europie nie należą. Co prawda Asseco Resovia i PGE Skra Bełchatów na krajowym podwórku mogą sobie pozwolić na wiele, to jednak czołowe kluby z Rosji, Turcji czy Włoch, dysponują innymi pieniędzmi. Podobnymi do tych w Polsce jeśli chodzi o liczbę zer, tyle że w euro. Konkurować z nimi o siatkarzy, nie ma szans. I nie chodzi tu o sumę rzędu stu tysięcy euro. Stawki są o wiele wyższe. Ale jak się okazuje, pieniądze nie grają.


      Co roku polskie drużyny na rynku transferowym polują w momencie, gdy „najedzą” się już najbogatsi. Muszą polować, szukać, czasami sporo zaryzykować, by za mniejsze pieniądze osiągnąć cel. Tak jak dwa lata temu zrobiła Skra ściągając do siebie dwóch Argentyńczyków, Nicolasa Uriarte i Facundo Conte. Obaj z wielkim talentem, ale bez wielkich sukcesów, a drugi jeszcze po ciężkiej kontuzji. Takich w Rosji nie chcą. Ryzyko się opłaciło, bo to motory napędowe tego zespołu, które na dodatek zadomowiły się w naszym kraju.


      Wyrywać najlepszych próbowała Asseco Resovia, ale transfery doświadczonych europejskich graczy były do tej pory nieudane. Aż postawiono na młodość. Bułgar Nikołaj Penczew jeszcze rok temu głównie stał w kwadracie, a teraz w obu spotkaniach z Lokomtivem Nowosybirsk był gwiazdą wieczoru, tak samo jak Serb Marko Ivović, niewiele starszy. Obaj już ze sporymi umiejętnościami, ale z jeszcze większą chęcią do gry i zdobywania szczytów. Nie spijania śmietanki. Tak samo jak duet środkowych w Bełchatowie, Karol Kłos i Serb Srecko Lisinać, czy rozgrywający Asseco Resovii Fabian Drzyzga. Cała piątka w krótkim czasie może wyrosnąć na gwiazdy światowego formatu, o których już pytają najbogatsi w Europie.


      Oni lubią tworzyć sztuczne drużyny, ściągać - jak Zenit Kazań - całą masę obcokrajowców, tylko po to, by grali oni w Lidze Mistrzów. W Rosji na boisku może występować ich tylko dwóch. I na trybunach lądują wtedy największe gwiazdy siatkówki. Naszych klubów na to nie stać.


      Stać jednak na stworzenie dobrej atmosfery, zgranych kolektywów. Stać na wykreowanie liderów, takich jak Mariusz Wlazły, czy Niemiec Jochen Schops, który w 2007 roku był najlepszym atakującym finału Ligi Mistrzów, ale później wiodło się mu różnie. W Rzeszowie odżył i jest najpewniejszym punktem Asseco Resovii. Stać wreszcie na stworzenie przyjaznego środowiska wokół siatkówki, co nie jest bez znaczenia na dyspozycję psychiczną siatkarzy. Grania w Rosji już niejeden zawodnik nie wytrzymał.


      Sukces klubowy zawsze jednak jest pokłosiem sukcesu reprezentacji. Zawsze mówi się tak, jeśli chodzi o marketing, popularność dyscypliny, dopływ pieniędzy. Tym razem jednak poszedł za tym aspekt sportowy. W Asseco Resovii gra przecież pięciu mistrzów świata, w PGE Skrze czterech. Kilku z nich jeszcze dwa lata temu było „siatkarskimi smarkaczami”, teraz grają, jakby o najwyższą stawkę rywalizowali od lat. Bo jeśli wygrywa się mistrzostwo świata pokonując Brazylię, Rosję czy Włochy, to nie ma sytuacji, w której nasi siatkarze musieliby czuć przed kimś zbyt wielki respekt. I nie poczuli, nawet, gdy trzeba było odrabiać spore straty, jak w Łodzi czy Rzeszowie. Pewność siebie, która epatuje z naszych drużyn może zaprowadzić ich jeszcze dalej. Bo przecież jeden zespół z Polski zagra już w ścisłym finale. A ten trwał będzie około dwóch godzin, w trakcie których wszystko jest możliwe.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Potężna polska siatkówka bez potężnej kasy. Jak to możliwe?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marcin.lew
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 marca 2015 15:50
  • środa, 11 marca 2015
    • Historia polskiej siatkówki

       

      To może być najważniejsza środa w historii polskiej siatkówki klubowej. Dzięki Asseco Resovii i PGE Skrze Bełchatów wieczorem cała siatkarska Polska będzie mogła otwierać szampany, kolejne w ciągu ostatnich miesięcy. Po mistrzostwie świata naszej reprezentacji teraz możemy zawojować Europę i to tę klubową, nie dysponując wcale największymi pieniędzmi.

       

      Dwa mecz w Rzeszowie i Łodzi mogą dać nam dwie drużyny w Final Four Ligi Mistrzów. To byłby precedens, bo nigdy jeszcze się to nie zdarzyło, by dwa polskie zespoły zagrały w półfinałach. Od kilku lat co prawda regularnie Polacy grają w elicie, ale nie dwa zespoły naraz. A przecież do potentatów finansowych nie należymy. Większe pieniądze na budowę zespołów wydają Rosjanie, Turcy czy Włosi, jeśli chodzi o te topowe zespoły. Ale w Polsce buduje się nieco mądrzej, spokojniej. I teraz można zbierać tego owoce.

       

      Bliżej Final Four jest Asseco Resovia, która wygrała W Nowosybirsku z Lokomotivem 3:1. PGE Skra Bełchatów przegrała we Włoszech z Sir Safety Perugią 2:3, ale w rewanżu stać ją na wygranie za trzy punkty. Tak samo jak rzeszowian na dwa sety z rywalami. Sytuacja obu naszych zespołów jest bardzo dobra i tego nie można zmarnować!

       

      Bo awans do Final Four to dla obu zespołów także historyczna rzecz. Asseco Resovia od kilku sezonów próbowała szczęścia, ale za każdym razem kończyła zabawę w fazie play-off. Skra co prawda grała w turniejach finałowych, ale zawsze w Łodzi, nigdy nie musząc się kwalifikować do finałów. Teraz po raz pierwszy bełchatowianie awansowaliby na drodze sportowej.

       

      Co trzeba zrobić? Zagrać jeszcze lepiej niż tydzień temu. Trafić z formą, złapać szczęście i walczyć o każdą piłkę, każdy metr boiska. Szansa taka jak dziś, na taką środę, może się już szybko nie trafić. A wszyscy chcemy, by po pięknej środzie narodził się jeszcze piękniejszy weekend, na sam koniec marca, w trakcie którego Polacy zawojują Berlin, gdzie cztery najlepsze ekipy Ligi Mistrzów powalczą o wygraną.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Historia polskiej siatkówki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marcin.lew
      Czas publikacji:
      środa, 11 marca 2015 10:09