Podkarpackie Hospicjum dla Dzieci z siedzibą w Rzeszowie - pomóż nam pomagać chorym Dzieciom

środa, 09 kwietnia 2014

 

 

Miało być nowe, coś wielkiego, innego. A jest jak zwykle. Kadra siatkarskiej reprezentacji Polski, którą powołał Francuz Stephane Antiga niczym nie zaskoczyła. Ale czy mogła?

To jest kluczowe pytanie. I kluczowa odpowiedź. Nie mogła, bo taki mamy potencjał. Jeśli wśród 26 zawodników musimy wziąć tych, którzy w klubie wchodzą tylko na podwyższenie bloku, to znaczy że mamy problem. A takie nazwiska też się tam znalazły. Jeśli w klubie jeden czy drugi zawodnik nie jest w stanie przebić się do składu, to reprezentację ma zbawić? Tym bardziej, jeśli przegrywa rywalizację z kolegą z kadry...

Jeśli trenerem nie byłby Antiga, to w tym gronie 26 graczy znalazłoby się może dwa lub trzy inne nazwiska. Więcej nie, bo potencjał naszej siatkówki jest taki, jak jest. Dlatego wybierać nie było w czym.

Jedno jest nowe, Mariusz Wlazły i Paweł Zagumny w kadrze. I to mogła być kluczowa sprawa przy wyborze selekcjonera. Wiadomo, koledze ze Skry łatwiej byłoby namówić Wlazłego do kadry niż innym. Ale myślę, że Wlazły zagrałby w niej tak czy tak.

A teraz nieobecni. Lista miała być dłuższa, o cztery nazwiska. Takie były ustalenia, by odciąć jeszcze kilku graczy. Podobno były już nawet konkrety. Tyle tylko, że półfinały PlusLigi wszystko namieszały. Namieszało też nagłośnienie nieobecności kilku graczy, bez których wiele osób nie wyobrażało sobie kadry. A dla nich miejsca miało zabraknąć. Dlaczego? A to już podobno nie do końca miał być wybór Antigi.

Skończyło się jednak bez sensacji, bez niej będzie też za kilkanaście dni, gdy wypadnie z kadry czterech graczy. Dwóch ze względów zdrowotnych, dwóch odleci formą. I dalej grać będą niemal ci sami, co w ostatnich latach. Tylko pod nowym przywódcą.

 



czwartek, 06 marca 2014

 

 

Nikt nic nie kupił, nic nie sprzedał. Piszę już w pierwszych słowach, żeby nie było, że kogoś oskarżam. Ale z chęcią oglądnąłbym film „Siatkarski poker”, nakręcony choćby o ostatniej kolejce w PlusLidze.

Tego jeszcze w naszej lidze nie było, żeby ostatnie mecze decydowały o tym, kto zagra w play-off. Żeby były grane równolegle i co set kto inny był na tej ósmej pozycji. A sytuacja była tak dynamiczna, że tętno wielu kibiców skoczyło niejeden raz. Ja sam pisałem kilka wersji tekstu, z kim zagra Asseco Resovia. Bo działo się sporo.

Dobrze, że oba mecze zagrano w jeden dzień o jednej porze. Ale dlaczego nie rozegrano całej kolejki? Przecież wtedy zupełnie inaczej mógłby wyglądać mecz w Bełchatowie. Skra miałaby szansę na pierwsze miejsce, Effector Kielce wtedy zadanie trudniejsze. I kto wie, czy to oni graliby teraz w play-off?

Ale było jak było. Średnio mówiąc delikatnie. Czasu się jednak nie cofnie. W play-off zagra właśnie Effector, co akurat chyba jest najbardziej sprawiedliwe patrząc na cały sezon zasadniczy. Kielczanie nie zachwycali, ale też nie byli chłopcami do bicia. Nie bili piany przed sezonem, że są faworytami do czegokolwiek. Przy małym budżecie zrobili zespół, który cel spełnił z nawiązką. Po cichu, ale do celu.

Transfer i Lotos zawiodły na całej linii. Bydgoszczanie postawili na złego konia (trenera) i na kosmicznych zawodników. Znaczy z kosmosu. Trzeba było ratować sezon, ratować to co zostało. Nie udało się. Zresztą po dwóch dobrych miesiącach uratować sezon? Fajnie by było. Ale nie tędy droga. Trzeba wyciągnąć wnioski na rok kolejny.

A Lotos? Kolejny pomysł na ten zespół okazał się nietrafiony. Kolejna koncepcja budowania wielkiej siatkówki w Gdańsku legła w gruzach. Pomysł stawiania na Polaków może i fajny, tylko trzeba chyba zebrać innych graczy, topowych, z reprezentacji. Wtedy może i coś by było, ale nie tak.

W Gdańsku zresztą koncepcja zła i kolejna porażka trenera. Pod dwóch słabych sezonach w Olsztynie przyszedł kolejny, w Gdańsku. Radosław Panas ma ostatnio pecha i ciekawi mnie, czy znajdzie się kolejny klub, który postawi na niego. Bo gwarantem sukcesu chyba nie jest.

 



środa, 12 lutego 2014

 

 

Nie było cienia wątpliwości. W polskiej bitwie o Final Four Ligi Mistrzów Jastrzębski Węgiel okazał się lepszy od mistrza Polski, Asseco Resovii. Przypadku nie było, dwa razy jastrzębianie ograli rywali i zagrają w najlepszej czwórce drużyn w Europie. Dlaczego? Bo grają już to, co inne polskie drużyny mają grać dopiero za kilka tygodni!

Sam Michał Kubiak po meczu w Rzeszowie powiedział mi, że byłby głupcem, gdyby powiedział, że jastrzębianie mogą grać jeszcze lepiej. To był już pewnie szczyt, a jeśli nie, to bardzo blisko tego. Znakomity mecz we własnej hali, jeszcze lepszy w Rzeszowie i w marcu czeka ich podróż do tureckiej Ankary.

Teraz tylko będę czekał na spadek formy jastrzębian, zaraz, niedługo. By w marcu znów wspięli się na wyżyny. Bo z taką grą jak przeciwko Asseco Resovii, nie muszą się bać tureckiego Halkbanku Ankara, z którym najpewniej zagrają. Mają mocne skrzydła, charakter i świetną atmosferę. Mogą, grając na luzie, zrobić coś wielkiego!

A w Rzeszowie muszą jeszcze poczekać na podbój Europy. Jak co sezon, pierwszy cel został przegrany. Resoviacy dostali cios, po którym ciężko będzie im się podnieść. Może nie mieli trochę szczęścia, bo podobnie jak rok temu w najważniejszych meczach Ligi Mistrzów grali osłabieni, ale to nie może być wytłumaczenie. Każdy przecież ma swoje problemy.

Teraz tylko wyjdzie, czy będą potrafili się podnieść tak jak rok temu, czy dwa lata temu. Czasu wiele nie mają, bo w PlusLidze muszą walczyć o wygranie fazy zasadniczej, a w marcu o Puchar Polski. Europa dla nich jest zamknięta, zostaje im walka o prymat na krajowym podwórku i trzymanie kciuków za kolegów z Jastrzębia w turnieju finałowym Ligi Mistrzów.

 



wtorek, 28 stycznia 2014

 

 

Ależ niespodzianka. Naprawdę nie spodziewałem się, że polscy siatkarze trafią do grupy A z Argentyną i Serbią. I że trzy pozostałe ekipy w pierwszej rundzie będą tylko uzupełnieniem stawki tej fazy mistrzostw świata. Szok. Po prostu szok. I obowiązek wygrania tej grupy.

Polacy przecież muszą zagrać dalej, żeby na polskich mistrzostwach świata mogło zobaczyć ich więcej polskich kibiców. Bo w trakcie meczów we Wrocławiu na żywo w hali zobaczy ich garstka. Ale później...

Później podobno trafiliśmy źle, na grupę D, z Francją, pewnie USA, Włochami, Iranem. To co? Wolelibyśmy grać z Niemcami, Bułgarią, Brazylią, Kuba czy Rosją? I tak źle i tak niedobrze. Nie ma San Marino, Anglii, Tanzanii i Monaco. Cóż trzeba będzie coś wygrać. Bo podobno chcemy medalu. A tego nie da się zdobyć, nie wygrywając z nikim mocnym. Sorry, taki mamy klimat w siatkówce.

Ale wracając do „losowania”. Po raz pierwszy mieliśmy wielkie show. I dobrze, siatkówka na to zasługuje. Szkoda tylko, że nie zasłużyła jeszcze na większe emocje, na ślepy los, na prawdziwe losowanie. Bo dolosowanie średnich, czy słabych drużyn do ułożonej drabinki jest śmieszne. Tyle też śmieszne co tragiczne, bo praktykowane przez lata. Ale przecież jakiś wpływ na turniej trzeba mieć, prawda?

A serpentyna jest łatwiejsza niż jakieś podgrzewane kulki.

Tak czy inaczej show się rozpoczęło. Te mistrzostwa pewnie będą najlepsze w historii, na pewno najbardziej rozbudowane. Byle tylko dążenie do wielkiego święta, do sukcesu organizacyjnego, nie skończyło się na tym. Bo jak nie będzie sukcesu sportowego, to każdy inny będzie można sobie włożyć... gdzie kto chce.

 

wtorek, 21 stycznia 2014

 

 

Czytanie ze zrozumieniem jest sporym problemem w naszym kraju, czego zresztą dziennikarze doświadczają często. Jak trudno jest wytłumaczyć czytelnikowi, że sam zinterpretował sobie źle dany tekst, wiedzą rzesze piszących. I wydawało mi się do tej pory, że ja problemu z czytaniem ze zrozumieniem nie mam. Aż do wczoraj.

Zakończyła się wreszcie sprawa Grzegorz Boćka, który przed sezonem przeszedł z Częstochowy do Kędzierzyna-Koźla. Przeszedł, bo mógł. Albo przeszedł, choć nie mógł. I to trzeba było rozstrzygać te kilka miesięcy. Wreszcie jest decyzja! Jaka? Ano zupełnie inna niż ta pierwszej instancji. Tam nie stało się nic, tutaj odwrotnie. Z kar wynika, że Bociek i ZAKSA złamali obowiązujące przepisy. I co? Nic.

Bociek ma zapłacić śmieszne 25 tys. zł kary i nie może grać przez cztery mecze. Później znów będzie atakował piłki wystawione przez Pawła Zagumnego. Dalej będzie zawodnikiem ZAKSY. Ale jak? Skoro dostał karę, tzn. że coś było nie tak z tą umową. A jak było nie tak, to jak ona dalej może być ważna? Nie rozumiem.

Tak samo jak nie rozumiem uzasadnienia, wysokości kary. Bo o słuszności czy nie, nie piszę. Nie znam dokładnie sprawy. Ale jeśli jakaś kara jest, to była wina. Teoretycznie proste. To skąd kara „na waciki”? Przecież takie pieniądze, przy obecnych kontraktach w PlusLidze, to jakieś grosze. Wina musiała być więc niewielka. I kara na rzecz związku. Dobrze, ma to może i sens. Tyle tylko, co z tego ma dotychczasowy klub Boćka z Częstochowy?

Zyskał nic. Narobił trochę szumu i tyle. I zarobił dla związku trochę kasy, bo jeszcze swoje zapłacić musi ZAKSA.

I teraz ta kara, śmieszna. Cztery mecze zawieszenia. Akurat teraz. Czego nie za dwa tygodnie? Czego nie w przyszłym sezonie. Cztery mecze bez Boćka dadzą mecze z czterema losowymi rywalami. Z innymi już zagra. Ot sprawiedliwość. I to tłumaczenie, że dla dobra kadry zawieszać nie można. A gdyby zamiast Boćka taki numer wyciął siatkarz Czapla, do kadry nie aspirujący. To wtedy dostałby dwa lata dyskwalifikacji? Nie widzę tego, nie rozumiem.

Zrozumiem jednak, jeśli sprawa Grzegorza Boćka trwać będzie jeszcze długie miesiące, może przed sądem cywilnym. I zrozumiem jak sprawę tę rozpętają obie strony, i ZAKSA i AZS. Bo obie są przekonane o swoich racjach. A ja jestem przekonany, że przydarzył się kolejny precedens, który odbije się czkawką w kolejnych sezonach.

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 235